poniedziałek, 8 lutego 2021

Ilustrowana historia Wrocławia. Karl Hanke jako „Rycerz nowych czasów” z propagandowego czasopisma po klęsce Francji

 

"Oberleutnant Karl Hanke in a Panzerkampfwagen IV, June 1940" weaponsandwarfare.com

 
Czerwiec roku 1940 – Francja na kolanach. Tylko kraj Tolkiena walczy jeszcze z imperium zła, które opanowało prawie całą Europę. Tak naprawdę Mordor kończy się aż na wybrzeżu Pacyfiku.

Samotnie przez rok walcząca Wielka Brytania uratuje świat, ale tego latem 1940 nikt nie wie i katastrofa wydaje się nieuchronna.

Czasami przypadek rządzi historią. O tragicznym losie „Festung Breslau” - krwawej, bezsensownej obronie, absurdalnych zniszczeniach i śmierci tysięcy ludzi - przesądziła miłość.


Do kobiety.


Karl Hanke był przez lata całe prawą ręką Goebbelsa w ministerstwie propagandy III Rzeszy. Współpraca układała się całkiem dobrze i prawdopodobnie Hanke dotrwałby na stanowisku do końca wojny. 

 


Jednak od połowy 1939 roku żona ministra – Magda Goebbels – coraz częściej pokazywała się w towarzystwie adiutanta ministra, który się w niej zakochał. Zachowanie kobiety było zapewne spowodowane romansami męża, który zdradzał ją notorycznie. Konflikt zaostrzył się, gdy Hanke przekazał Hitlerowi listę ponad 40 kochanek ministra propagandy. Hitler wpadł w szał - Goebbels i jego ministerstwo bezustannie przekazywało Niemcom obrazy „zdrowej, niemieckiej rodziny” będącej zaprzeczeniem żydowskiej zgnilizny moralnej i lubieżności (według nazistów). Jednak mistrz kłamstwa pozostawał dla dyktatora niezbędny.

Skutek walki buldogów pod dywanem był taki, że - dla dobra narodu niemieckiego - minister propagandy pogodził się z żoną, a młody adiutant i fanatyczny esesman, po krótkim pobycie na froncie, awansował na śląskiego gauleitera.

W czasie owego epizodu frontowego Hanke został skierowany do elitarnej 7. Panzer-Division (nazywanej Dywizją Duchów) dowodzonej przez Erwina Rommla, specjalisty od „wojny błyskawicznej”. Będąc na froncie Hanke miał wziąć udział w propagandowej sesji zdjęciowej dla magazynu „Signal”.


W internecie funkcjonują dwa rodzaje zdjęć z Hankem jako dowódcą czołgu – na jednym z nich jest numer czołgu (zdjęcie oryginalne?) a na zdjęciu w artykule numer jest zlikwidowany (ze względów bezpieczeństwa?). W reportażu nazwisko Hankego się nie pojawia.

Oberleutnant Karl Hanke jest bohaterem fotoreportażu „Rycerz nowych czasów … i jego ślad”.

 

"Ilustrowana historia Wrocławia. Karl von Holtei – także z kieszeni i z katarynki" kunstkamerasudecka.blogspot.com


niedziela, 7 lutego 2021

Ilustrowana historia Wrocławia. Karl von Holtei – także z kieszeni i z katarynki

 

Karl von Holtei - postać niezwykle barwna i ciekawa – żył w czasach, gdy Niemcy byli bardziej jeszcze romantykami niż nacjonalistami.

Polacy do niedawna też byli bardziej romantyczni niż obecnie?

Popularność Holteia przejawiała się nie tylko w tym, że miał własne place, ulice, wzgórza i pomniki. Jego utwory śpiewano w teatrach ale także przy dźwiękach katarynek. Katarynka była na przełomie XIX i XX wieku instrumentem bardzo popularnym.




„Z dziejów niemieckiej „Polenschwärmerei” w latach 1830—1848 (…) Nie mniejszem wzięciem cieszyły się wówczas utwory Karola von Holtei „Denkst du daran, mein tapferer Langienka“ oraz „Fordre niemand, mein Schichsal zu hören“, wzięte z cyklu pieśniarskiego „der alte Feldherr“ (Kościuszko 1826), które wszędzie w Niemczech śpiewano na scenie a nawet na ulicy przy akompanjamencie katarynki. Karol von Holtei słusznie może się szczycić, że był pierwszym w Niemczech, który wystąpił ze skargą poetycką na ciemiężców „szlachetnego narodu polskiego“. (TADEUSZ PIETRYKOWSKI, „GŁOS LITERACKO-NAUKOWY. Redaguje Koło Literackie Konfraterni Artystów w Toruniu”, Nr. 59 SOBOTA, NIEDZIELA, DNIA 21—22 GRUDNIA 1935 R.”)

Zaledwie dziesięć lat później mało kto o tym pamiętał.


W czasach kryzysu związanego z wybuchem wojny światowej w Niemczech zaczęto masowo wytwarzać pieniądze zastępcze.




„Przed wybuchem I wojny światowej gospodarka niemiecka zaczęła odczuwać skutki panicznej tezauryzacji przez ludność pieniądza kruszcowego. Najpierw z obrotu pieniężnego z rynku zaczęły znikać złote 10 i 20 markówki, później monety srebrne a na samym końcu zaczęło brakować drobnego pieniądza miedzianego, niklowego i żelaznego. Uzdrowieniem tej sytuacji miało być rozpoczęcie prywatnych emisji różnego rodzaju bonów ułatwiających wzajemne rozliczenia ludności. W 1914 roku pojawiły się pierwsze bony (notgeldy) zawierające na skrawku papieru najczęściej tylko nominał, pieczęć i podpis, ewentualnie nazwę miejscowości. Z czasem jednak ich produkcja osiągnęła poziom techniczny normalnych banknotów - jednak generalnie miały one odróżniać się chociażby mniejszym rozmiarem, kształtem, bądź użytym tworzywem (kolorowy papier, materiał tekstylny, karton itp). Znanych i skatalogowanych jest kilkadziesiąt tysięcy takich banknotów. Obok bonów równolegle wybijano zastępcze monety z żelaza, cynku, aluminium, mosiądzu, miedzi, niklu, tektury często o bardzo dziwnych kształtach - owalne, kwadratowe, faliste, ośmiokątne, z powycinanymi otworami etc. Bywało, że atrakcyjne pod względem graficznym emisje trafiały bezpośrednio po ich wydaniu do rąk zbieraczy. W latach dwudziestych XX wieku jednym z nietypowych tworzyw do produkcji monet była porcelana.” notgeld.com.pl




Na notgeldach nie mogło zabraknąć cytatów z Holteia i samego artysty.


„Ilustrowana historia Wrocławia. Jak powstawała “ścieżka hańby”? Zygmunt Luksemburski i Eberhard Windeck” kunstkamerasudecka.blogspot.com

 

 

sobota, 6 lutego 2021

Ilustrowana historia Wrocławia. Jak powstawała “ścieżka hańby”? Zygmunt Luksemburski i Eberhard Windeck

 


W książce Wojciecha Iwańczaka “Od Kosmasa do Eschenloera. Piśmiennictwo czeskie w średniowieczu” trafiłem na reprodukcję ciekawej, średniowiecznej miniatury. Przedstawia króla Zygmunta Luksemburskiego w czasie sejmu Rzeszy we Wrocławiu w roku 1420. U jego stóp leży ścięty buntownik – uczestnik wrocławskiej defenestracji z roku 1418 - a władca ma taki łagodny wyraz twarzy ("Nie bolało, prawda?"). Bezgłowe ciała zbuntowanych mieszczan pochowano pod płytami chodnika na cmentarzu przy kościele św. Elżbiety.

Według opisu autora miniatura pochodzi z kroniki Ulricha von Richentala. Stworzył on dzieło “Chronik des Konstanzer Konzils” opisujące sobór w Konstancji. Pomyślałem, że fajnie byłoby zobaczyć je w kolorze/”oryginale”.

Nie szukajcie owej miniatury we wspomnianej kronice. Przeglądnąłem dzisiaj kilka egzemplarzy – nawet zza Atlantyku. Dodam, że nie jest to cienka broszurka … Naoglądałem się różnych wariantów stosu z płonącym Husem (i wielu innych ciekawych obrazków).

Miniatura znajduje się w dziele Eberharda Windecka “Geschichte des Kaisers Sigismund”, będącym niemal rówieśnikiem wcześniej wspomnianej kroniki Richentala. Poprawnie opisał ją Bogusław Czechowicz (“Stołeczne miasto Wrocław. Przewodnik po zapomnianej historii śląskiej metropolii.”).

środa, 3 lutego 2021

Na nartach do bardzkiej Diany

Pandemiczny Obóz Narciarski SKPS (na raty) …




Korzystając z pierwszej od lat porządnej zimy zdecydowaliśmy się na Góry Bardzkie – w ostatnich czasach rzadko kiedy można tam było pojeździć na nartach. Wyruszyliśmy z wioski, która rozsławia okolicę podobnie jak Twierdza lecz wśród innej publiczności.




„Każdego roku Biuro Świętego Mikołaja w Srebrnej Górze ma pełne ręce roboty. Dociera do niego nawet kilka tysięcy listów. (…) Srebrnogórskie biuro jest już znane tak bardzo, że w ubiegłym roku, gdy zamknięto z przeciążenia pocztę w Laponii - tamtejsze listy trafiły właśnie na Dolny Śląsk. - To wyjątkowa i magiczna sytuacja, w której adres przestaje mieść znaczenie - dodaje Rudnicki. (…) Szacuje się, że każdego roku listonosz doręcza do biura co najmniej 4 tysiące przesyłek. Odpisują na nie wolontariusze z całej okolicy. Jeśli tylko adres jest czytelny, list na pewno nie pozostanie bez odpowiedzi. Czasem nadawcy odpisują ponownie, dołączając znaczki i dziękując Mikołajowi za odpowiedź.” radiowroclaw.pl




Do bardzkiej Diany wędrowaliśmy podczas pięknej, słonecznej i mroźnej pogody oglądając krajobrazy od ośnieżonych nizin (rzadki ostatnio widok) po Śnieżnik. Dość często trafialiśmy na dorodne cisy, których nie brakuje w tej części Sudetów. O śniegu można powiedzieć, że był szybki dość ... i zjazdy budziły pewne emocje. Poza szlakami góry świeciły pustkami, dopiero po południu a na zachód od Wilczaka pojawili się turyści i spacerowicze, a nawet kilku narciarzy.


 

 

Skąd bogini Diana w Górach Bardzkich?

Rok 2016 …

„W roku 2016 koło obchodzi 70-lecie. Z tej okazji 1 października 2016 r. odbyły się uroczyste obchody, które rozpoczęły się mszą świętą w Bazylice w Wambierzycach a zakończyły wspaniałą zabawą myśliwską. (…) Kolejnym akcentem obchodów 70-lecia koła, było zakupienie figurki Bogini łowów Diany i umiejscowienie jej na „Trzech lipach” (obwód 344) w miejscu znanym i lubianym przez myśliwych.” kolo-lowieckie-diana.nowaruda.pl



 

Można powiedzieć, że po wiekach historia zatoczyła koło – figurka pokazuje drogi, którymi przez stulecia kroczyła religia i tradycja.




Dla starożytnych Greków boginią łowów była Artemida ze swą olbrzymią świątynią w Efezie. Efez stał się później kluczowym miejscem dla chrześcijaństwa.

„Ryba po grecku” z Grzmiącej, Rzymu, Betlejem i Efezu” kunstkamerasudecka.blogspot.com

„Ostatni dogmat. Zasnęła, czy zmartwychwstała? Co właściwie katolicy świętują 15 sierpnia? I o modlitwie o celność bombardowania” kunstkamerasudecka.blogspot.com


Następnie Artemida została skojarzona z rzymską Dianą.

Pogańską boginię miał usunąć w cień święty Eustachy, który ujrzał pięknego jelenia ze świetlistym krucyfiksem między rogami (od jego imienia pochodzi nazwa ważnej sudeckiej góry – o tym innym razem).

Eustachego zaczął wypierać, lubiany przez Niemców, św. Hubert. Przekopiowano do niego legendę o jeleniu ze świetlistym krucyfiksem.

Tę legendę na gruncie polskim kopiowano dalej i połączono z postacią św. Emeryka (ważnego dla Gór Świętokrzyskich).

Obecnie święci mają kapliczki, w których występują razem i w pełnej zgodzie.

„Encyklopedia sudecka. Śnieżnicka Kapliczka Czterech Patronów. Czy święty Hubert obok Franciszka to próba pogodzenia wody z ogniem? Czy Hubert naprawdę powinien być patronem myśliwych?” kunstkamerasudecka.blogspot.com

W czasach nowożytnych zaczęto wracać do Diany.

„Diana Wschowska, której pierwowzorem jest Zofia Gorzeńska, wschowianka, łowczyni uhonorowana w 1752 roku tytułem Łowczyni Wschowskiej przez króla Augusta III Sasa, jest jednocześnie patronką wszystkich łowczyń, zrzeszonych w Stowarzyszeniu Dian Polskich. Od pięciu lat o tej postaci przypomina pomnik znajdujący się u zbiegu ulic Matejki i Lipowej, a którego pierwowzór powstał w 1806 roku i stał w tym miejscu aż do końca II Wojny Światowej. Dzięki staraniom ówczesnej prezes Stowarzyszenia Dian Polskich, pani Ewy Maj, pomnik po niemal 70 latach wrócił na swoje miejsce.” zw.pl

 
„Sto lat temu, w 1911 roku, rodzina Franklów, przemysłowców z Prudnika, ufundowała w miejscowym parku pomnik Diany z łukiem i jelonkiem, wzorowany na rzeźbie z muzeum w Luwrze.” nto.pl

Diana (Artemida) była związana z jeleniem wieki całe przed Eustachym.


 

 


„Pomnik Diany, a właściwie Grupa Diany, jak nazywano przed wojną pomnik, był autorstwa Ernsta Segera. Stał w parku Szczytnickim u zbiegu ulic Mickiewicza i Wróblewskiego. Antyczna bogini trzymała w ręku włócznię i towarzyszyły jej dwa psy myśliwskie. Wbiegała na cokół ułożony z głazów, które imitowały górski krajobraz. Wokół zasadzono drzewa iglaste i roślinność alpejską. Tę część parku nazywano nawet Ogrodem Diany. Dziś bogini towarzyszą rzeźby ogarów polskich.” wroclaw.naszemiasto.pl



Jak widać, bogowie i święci z różnych stron świata, kobiety i mężczyźni potrafią żyć w zgodzie o ile tylko ludzie im nie przeszkadzają.




Gdy wracaliśmy zachodzące słońce oświetlało Twierdzę.




Zjazd do Mikołajowa był dosłownie błyskawiczny.



 

W Mikołajowie trafiliśmy na narciarskie skoki – jeden z zawodników osiągnął 27 metrów, a nie miał specjalnego kombinezonu i ważył prawie tyle co dwóch Małyszów.

 

piątek, 29 stycznia 2021

Sudeckie pomniczki. „Siedem krzyży” z okolic Jawornika - „sudecka Masada”?

 

W górnej części Komáří dolinky koło Javorníka stoi uszkodzony kamienny krzyż, od dawna nazywany „szwedzkim”. Wiąże się z nim ciekawa historia. Legenda sporo mówi o ludzkiej psychice i religijnych przekonaniach, budowanych przez pokolenia.

W czasach wojny trzydziestoletniej miało dojść w okolicy do bitwy. Resztki oddziałów pokonanych Szwedów wycofały się w góry w oczekiwaniu na nieuchronną niewolę. Siedmiu oficerów postanowiło, że honor nie pozwala im na poddanie się wrogowi. Wysłali pozostałych niedobitków, by pochowali poległych towarzyszy a sami postanowili odebrać sobie życie. Wylosowali w tym celu jednego, który miał zabić pozostałych a następnie popełnić samobójstwo. Los wskazał najmłodszego z nich, miał użyć sztyletu. Gdy rano żołnierze powrócili z pobojowiska zastali swych dowódców martwych, pochowali ich i każdemu postawili nad mogiłą kamienny krzyż. Z czasem miejscowi zabrali z lasu krzyże, by wmurować je w ściany świątyń Hoštic, Bílého potoku czy Javorníka. Sześć krzyży pozostało na nowych miejscach, siódmy zaś w nocy znikał i powracał nad mogiłę do lasu. Był to krzyż z mogiły najmłodszego oficera, który pozbawił życia pozostałych a następnie popełnił samobójstwo. Po latach ludzie
pogodzili się z tym, a okolic mogiły unikali – słychać tu było szczęk oręża, krzyki rannych i ginących, odgłosy bitwy.




W Szwecji na powrót ukochanego, młodego dowódcy oczekiwała jego narzeczona. Dopiero po kilku latach dotarła do niej wiadomość o tym, co spotkało go na wojnie w odległej krainie. Zaczęła modlić się żarliwie, by Bóg zamienił ją w jakieś zwierzę i uchronił od wiecznego cierpienia. Ten wysłuchał jej modlitwy i przemienił ją w jaskółkę. Ptaszek przylatuje co siedem lat na Śląsk, odłupuje okruszek z kamiennego krzyża i zanosi go do Szwecji. Gdy przeniesie cały, kara zostanie zdjęta i młodzi spotkają się w niebie.

Jak widać na zdjęciach brakuje już całej górnej części krzyża.

Nie sposób nie dostrzec podobieństwa tej legendy do historii, która miała wydarzyć się naprawdę w czasach starożytnych i która też była sposobem na obejście problemu zbiorowego samobójstwa.


Masada - "góra stołowa" pośrodku pustyni

„W roku 66 w czasie wojny żydowskiej Masadę zajęli rebelianci zwani sykariuszami. Nazwa tego stronnictwa religijnego pochodzi od słowa „sica”, krótkiego sztyletu, który stanowił ich ulubioną broń. W roku 70 padła Jerozolima, a Masada stała się jednym z trzech ostatnich punktów oporu przeciw Rzymianom. Do jej zdobycia sprowadzono słynny Dziesiąty Legion, który wraz z personelem pomocniczym (głównie niewolnikami i jeńcami) liczył około piętnaście tysięcy ludzi. Dzięki nim usypano skarpę, po której rozpoczęto szturm fortecy przy pomocy wieży oblężniczej. Obroną twierdzy kierował nowy przywódca sykariuszy Eleazar ben Jair. Gdy zrozumiano bezcelowość dalszej walki, relacjonuje w swojej „Wojnie żydowskiej” Józef Flawiusz, zapadła decyzja o zbiorowym samobójstwie. Każdy mężczyzna zabił swoją rodzinę, następnie wylosowano dziesięciu mężczyzn, którzy zabili pozostałych, ostatni z nich zabił pozostałych dziewięciu towarzyszy i popełnił samobójstwo. Według Flawiusza zginęło dziewięćset sześćdziesiąt obrońców. Ocalały dwie kobiety z pięciorgiem dzieci, ukryte w kanale. Po zdobyciu Masady utworzono w niej rzymski posterunek. Potem zajmowali ją bizantyjscy mnisi, po których pozostały szczątki mozaikowej kaplicy. Od VII wieku Masada nie była już nigdy zasiedlona. Jest jednak symbolem heroicznej walki o wolność ojczyzny. Wpisuje się w historię bohaterskich walk izraelskich sędziów, królów, Machabeuszy czy stronnictw religijnych. Nic wiec dziwnego, że na jej ruinach żołnierze armii izraelskiej składają przysięgę wierności: „Masada nigdy więcej nie zostanie zdobyta”. jezuici.pl


Rampa po której Rzymianie wtaczali machiny oblężnicze

Miał zostać tylko jeden pechowiec – samobójca. Oczywiście z rozumowego punktu widzenia, takie „kombinowanie” można uznać za śmieszne.

Masada stała się jednym z „mitów założycielskich” nowego państwa izraelskiego.

Historia budzi jednak poważne wątpliwości archeologów – nigdy nie odnaleziono szczątków prawie tysiąca obrońców, a na pustyni raczej trudno byłoby dokładnie spalić je na stosie. Dawne kroniki często były pisane na jakieś polityczne „zamówienie” i wierność faktom nie była w nich najważniejsza.


Widoki z drogi na szczyt są dość egzotyczne

Dawne …

A co powiedzieć o politycznych przepychankach w sprawie rozbicia się samolotu w Smoleńsku? W czasach gdy wszystko jest filmowane i nagrywane z ziemi, powietrza, wody i kosmosu? Czego wymagać od kronikarzy sprzed setek lat?


Historia budziła też poważne wątpliwości z punktu widzenia religii żydowskiej czy chrześcijańskiej.


Na szczycie jest niemniej egzotycznie

„Przez stulecia historia oblężenia Masady była wyrzucona poza nawias żydowskiej pamięci historycznej. Znamienne, że Talmud, który często odnosi się do faktów historycznych, nie odnotowuje epizodu obrony i upadku fortecy. Problematyczne było między innymi zagadnienie samobójstwa obrońców. Akt ten jest bowiem nie do pogodzenia z wymogami tradycji religijnej − judaizm potępia samobójstwo jako pogwałcenie doktryny wyłącznie boskiego panowania nad życiem i śmiercią. Uważa się, że decyzja o przemilczeniu Masady w Talmudzie wynikała z niechęci jego twórców do gloryfikowania samobójstwa w momencie odbudowywania podstaw żydowskiej egzystencji po utracie Świątyni.” (Maciej Pietrzak „Odwrót bohaterów. Śmierć syjonistycznego mitu Masady w filmie Twierdza Beaufort Josepha Cedara”)

Charakterystyczne dla ludzi mieszających religię i historię do polityki jest to, że obie dziedziny traktują wybiórczo, udając jednocześnie, że trzymają się fundamentów.

Tę samą próbę obejścia problemu samobójstwa co w starożytnej historii, widać w sudeckiej legendzie – łagodniej oceniane jest zabójstwo innych, niż odebranie życia sobie.

Legendę można znaleźć w książce „Tajemné stezky: Mlžnou krásou Rychlebských hor” lub w internecie.








wtorek, 26 stycznia 2021

Encyklopedia sudecka. 100 lat najsłynniejszego sudeckiego słowa. "Každý si kup svého Robota!"

 

Scena Teatru Narodowego w Pradze podczas premiery w styczniu 1921 roku

„Dokładnie 100 lat temu na deskach Teatru Narodowego w czeskiej Pradze wystawiono spektakl „R.U.R.”. To właśnie tam po raz pierwszy padło słowo, które dziś zna każdy – „robot”.

Wówczas nic ono nikomu nie mówiło, bo wymyślił je dramatopisarz Karol Čapek.”





Nie jest to do końca prawda. Karel Čapek pierwotnie wymyślił „labory” i nie byłoby to słowiańskie słowo.

„Když přemýšlel, jak je pojmenovat, napadlo ho zprvu, že by to mohli být laboři (inspirací mu bylo anglické slovo labour, jehož etymologie nás pak zavede hlouběji do latiny, labor – práce, ale také dřina, tvrdost, únava, dokonce bolest), tak úplně však se svým nápadem spokojený nebyl. Svěřil se se svými pochybami staršímu bratru Josefovi, který byl malířem a s kterým už pár věcí napsali společně, takže na jeho názor hodně dal. „‚Tak jim řekni roboti,‘ mumlal malíř se štětcem v ústech a maloval dál. A bylo to,“ popsal to později sám Karel Čapek.” mzv.cz

Można więc powiedzieć, że słowo jest dziełem obu braci. 

 


Karel Váňa jako Drugi Robot podczas styczniowej premiery sprzed 100 lat


Robota po czesku oznacza pracę niewolniczą, pańszczyźnianą, ciężką i przymusową. Robot to więc smutna nazwa, ale proste słowo doskonale przyjęło się na całym świecie. Być może dożyjemy czasów, że roboty będą potrafiły się smucić. Sztuka Karela Čapka miała fundamentalne znaczenie dla rozwoju fantastyki naukowej i była pod wieloma względami prorocza. Także inne jego dzieła nie straciły na aktualności.

„R.U.R” (skrót od Rossumovi Univerzální Roboti) szybko stał się niezwykle popularny w całej Europie i Ameryce Płn. – do 1923 r. publikację Čapka przetłumaczono na trzydzieści języków. Opisana przez niego historia była pionierska – opowiada o fabryce, w której z syntetycznej materii organicznej wytwarza się sztucznych ludzi. To właśnie roboty. Ale nie są to automaty, z jakimi kojarzymy je dzisiaj. To raczej myślące, mające świadomość humanoidy, stworzone ze sztucznych tkanek i krwi. Roboty pracują dla ludzi i z początku wydają się szczęśliwe ze swojej egzystencji. Finalnie jednak dochodzi do ich buntu – maszyny obracają się przeciwko człowiekowi, a w konsekwencji zagłady rasy ludzkiej.” rp.pl

  
Terminator to już tylko rozwinięcie tematu.




Malé Svatoňovice - pomnik słynnych braci



Bracia Karel i Josef Čapek pochodzili z miejscowości Malé Svatoňovice pod Jestřebími horami. Byli synami lekarza i od małego przejawiali zdolności artystyczne. Wkrótce rodzina przeprowadziła się do pobliskiego miasteczka Úpice. Tam bracia rozpoczęli edukację, która zaprowadziła ich – jak się okazuje – do światowej sławy.

 

 Úpice

 

niedziela, 24 stycznia 2021

Pomnik psiej wierności spod Mont Blanc. Biegun i Żebro Abruzzów


Przed Museo Alpino Duca degli Abruzzi w Courmayeur znajduje się niezwykły pomnik budzący ciekawość zwłaszcza u dzieci.




 

O „Luigi Amedeo di Savoia, Duca degli Abruzzi” wielu Polaków słyszało nawet w zeszłym tygodniu tylko pewnie o tym nie wie.

„ Krzysztof Wielicki, kierownik narodowej wyprawy na niezdobyty zimą w Karakorum ośmiotysięcznik K2 (8611 m), wraz z uczestnikami, wybrali inną drogę atakowania szczytu - przez tzw. Żebro Abruzzów.” wiadomosci.radiozet.pl

„W sobotę rano czasu polskiego Szerpowie poinformowali, że minęli Bottleneck, czyli wąskie gardło zlokalizowane na Żebrze Abruzzi. Znajduje się ono 400 metrów przed szczytem - na wysokości 8200 m n.p.m.” sport.onet.pl

Książę już podczas wyprawy w 1909 roku trafnie określił, którą drogą najłatwiej będzie zdobyć K2. Góra musiała jednak poczekać prawie pół wieku. Ale o Żebrze innym razem, bo alpejski pomnik dotyczy wyprawy na … Biegun.

Luigi Amedeo di Savoia był prawdziwym odkrywcą i podróżnikiem a do tego wytrawnym alpinistą. Wspinał się na Alasce, w Karakorum, Alpach i w Afryce. Nie mógł się więc nie wybrać na niezdobyty jeszcze Biegun Północny. W jego wyprawach zawsze brali udział przewodnicy alpejscy z Courmayeur. Z wyprawy na Biegun nie wszyscy wrócili.


Uczestnicy wyprawy z lat 1899-1900 wraz ze swoimi psami

 
Rok 2019 …

„Pierwsi Polacy postawili stopę na Wyspie Rudolfa

Kierując się na północ żeglarze odwiedzili Zatokę Geografów (Ziemia Jerzego), oglądali z bliska przepiękne lodowce wyłaniające się z mgły, a przygotowując się do wyjścia ponad archipelag, nie mogli przegapić okazji i zeszli na ląd na Wyspie Rudolfa, będąc prawdopodobnie pierwszymi Polakami, którzy postawili na niej stopę! Po zameldowaniu się na 82°N zaczął się niespieszny powrót na południe.
Ziemia Rudolfa to najdalej na północ wysunięta wyspa archipelagu Ziemi Franciszka Józefa, a jednocześnie najwyżej położona w całej Eurazji. W ponad 95% pokrywa ją olbrzymi lodowiec klifowo opadający do morza. Udany desant wzbudził radość załogi tym bardziej, że sukces nie był z góry przesądzony – na drodze stały spore ilości lodu oraz wiatr i fale, które skutecznie potrafią uniemożliwić lądowanie na wyspie. Czujność żeglarzy i doświadczenie kapitana pozwoliły jednak cieszyć się z wizyty w Zatoce Teplitz i zwiedzenia tego dziewiczego zakątka. Pierwsza część załogi pod wodzą kapitana wylądowała dzięki odpływowi, który odsunął lód od plaży, druga natomiast zmuszona była powalczyć z pakiem lodowym, ponieważ postanowił otoczyć zarówno jacht, jak i ponton.
Historia odkrycia Wyspy sięga wiele lat wstecz – po raz pierwszy opisana została przez ekspedycję Payera w 1874 r., …

(„Znany podróżnik, polarnik i alpinista Julius Payer wyruszył badać najwyższą część Tyrolu z … Sudetów” kunstkamerasudecka.blogspot.com

… natomiast sama Zatoka ze względu na niskie i w większości pozbawione lodu wybrzeże stała się bazą wypadową dla ekspedycji pragnących dotrzeć na Biegun Północny. Jedną z nich dowodził na statku Stella Polare w latach 1899-1900 Luigi Amedeo di Savoia, książę Abruzzów. Plan zakładał dotarcie przez Archangielsk na Wyspę Rudolfa, zimowanie, a wraz z końcem nocy polarnej dalszą drogę na biegun saniami zaprzężonymi w psy. Wprawdzie wyprawa nie dotarła do zakładanego celu, a w kluczowym momencie zabrakło di Savoi (ze względu na utratę trzech odmrożonych palców w trakcie zimowania nie mógł prowadzić sań), ale osiągnęła rekordową szerokość 86°34’N, 21 Mm bliżej Bieguna niż Nansen i Johansen w 1895 r.” lodowe-krainy.pl




Nie obyło się bez dramatu. Wyprawa podzieliła się na trzy grupy, a jedna z nich, w której znajdował się przewodnik alpejski Felice Ollier zaginęła bez śladu. Nigdy nie odnaleziono żadnego z polarników a wraz z nimi zginęły wszystkie psy.




I to właśnie Felice Ollierowi poświęcony jest „psi” pomnik, którego odsłonięcie było ważnym wydarzeniem w Courmayeur w roku 1903. Autorem pomnika jest Cesare Biscarra (1866-1943, na zdjęciu poniżej).